Kylee
Nie pamiętam, kiedy dokładnie wysiedliśmy z samochodu. Nagłe
szczęście mnie oszołomiło. Nie mogłam uwierzyć w rzeczywistość tych wydarzeń i
wciąż szczypałam się w przedramię, modliłam się, by nie był to kolejny sen. Nie
pamiętam też, jak udało mi się wejść po stopniach, gdy moje nogi drżały i
odmawiały posłuszeństwa. Ale pamiętam ten piękny, słodkawy zapach, który
wypełnił moje nozdrza wraz z chwilą przestąpienia progu jego mieszkania.
Przywodził na myśl szczęście, beztroskę i bezpieczeństwo. Było w nim coś, co
zapamiętam na całe życie.
-Śmiało,
rozgość się – zachęciła pani Wright. Odłożyła torebkę na szafkę obok drzwi i
odwiesiła swoją kurtkę.
Z niedowierzaniem analizowałam każdy szczegół wystroju,
podziwiałam z jaką lekkością łączyły się ze sobą i dopełniały nawzajem
poszczególne elementy wnętrza. Przywiodło mi to przed oczy twarz mojej matki,
ale szybko się otrząsnęłam. Mój dom wyglądał, jakby nikt w nim nie mieszkał.
Był po prostu sztuczny. Natomiast dom Wrightów emanował ciepłem rodzinnym, choć
mieszkali tu tylko we dwoje, matka z synem. Każdy najmniejszy drobiazg miał
swoje miejsce i nic nie było przypadkowe. To mieszkanie idealnie
odzwierciedlało nieskazitelną naturę pani Wright, która uwielbiała ład i
porządek.
-Pozwól, że
cię oprowadzę – zachichotała, widząc moją fascynację jej niebanalnymi
rozwiązaniami. Z chęcią przyjęłam jej propozycję, a ta pokazała mi pozostałe
pomieszczenia. Nie wiedziałam, skąd w tym niedużym mieszkaniu było tyle wolnych
przestrzeni, ale nie pytałam. Jeśli musiałabym wybierać, to najbardziej
podobała mi się kuchnia, otwarta na salon i jadalnię. Pastelowe kolory idealnie
ze sobą współgrały, piękne meble w nowoczesnym stylu zachwycały oryginalnością,
a obrazy na ścianach zapierały dech w piersi. Ale żaden z tych elementów nie
przyciągał mojej uwagi bardziej od ogromnego okna, zza którego widać było
piękne leśne krajobrazy.
Dowiedziałam się też, że pani
Wright miała na imię Yvonne i że poznała moją mamę w dzieciństwie, podczas
jakiegoś wakacyjnego obozu.
-Byłyśmy
przyjaciółkami. – Uśmiechnęła się, patrząc w bliżej nieokreślonym kierunku,
jakby do widoku, który widziała tylko ona. – Miałyśmy wiele wspólnego. Pamiętam,
że twoja mama była typem buntowniczki, imponowała mi we wszystkim, co robiła… a
ja starałam się jak najlepiej ją naśladować. – Westchnęła. – Co u niej słychać?
Dawno z nią nie rozmawiałam.
-No cóż… -
zaśmiałam się cicho. – Ostatnio jest bardzo zapracowana, nie zbyt często bywa w
domu. Nie miałam okazji ją spytać. – Westchnęłam, nie mogłam ukryć smutku i
rozgoryczenia w moim głosie. – Ciekawe, dlaczego nic nie wspominała, że panią
zna.
-Ja Ethanowi
też nie mówiłam. – Wzruszyła ramionami. – W każdym razie, pozdrów ją ode mnie.
I powiedz, że bardzo serdecznie ją zapraszam!
-Przekażę. –
Uśmiechnęłam się szeroko.
Poprosiłam ją, żeby coś jeszcze
opowiedziała. Siedziałyśmy razem przy stole, popijając kawę i jedząc ciasteczka,
gdy nagle przerwało nam znaczące kaszlnięcie. Ethan podpierał się bokiem o
ścianę i spoglądał na nas rozbawionym, ale zdezorientowanym wzrokiem.
-Mamo, czy
możesz oddać mi mojego gościa? –
spytał, siląc się na poważny ton głosu i kładąc nacisk na wyraz „mojego”.
Poczułam jak jego słowa wywołały dreszcz, przechodzący przez moje ciało. Miałam
nadzieję, że tego nie widzieli.
-Nie
pamiętam, żeby Kylee do kogokolwiek należała, młody człowieku – odrzekła
obrażona. – Musimy to kiedyś powtórzyć – dodała, zwracając się do mnie z
uśmiechem. Przytaknęłam z entuzjazmem.
-A teraz,
pozwolisz? – Podał mi swoją dłoń i pociągnął za sobą. Znaleźliśmy się w ciemnym
holu. – Tu jest mój pokój – wskazał na ciemne drzwi po prawej, a następnie po
lewej stronie – a tu mojej siostry. Który wybierasz?
-Co to za
pytanie? Twój. – Uśmiechnęłam się i nacisnęłam na klamkę.
Jego pokój okazał się bardzo
przytulny i zaskakująco czysty. Znaczny udział musiała mieć w tym Yvonne. Chyba,
że syn odziedziczył po niej niektóre cechy… Ściany pomalowane były na błękitny
kolor i idealnie pasowały do mebli wykonanych z jasnego drewna. Podłogę
ozdabiał okrągły, puchaty dywan. W głębi pokoju, obok okna, stało biurko i
regał z książkami, a po przeciwnej stronie sprzęty do ćwiczeń. Natomiast po
prawej znajdowało się łóżko i telewizor. Za oknem rozciągał się równie
wspaniały widok, jak ten w kuchni i salonie, i od razu wyobraziłam sobie, jak
wspaniale byłoby tu mieszkać, w tak pięknym domu, w przepięknej okolicy. Bo
pomimo tego, że mieszkam kilka kroków stąd, położenie mojego domu jest niefortunne.
Widoki z mojego pokoju zasłaniają stare drzewa i widać tylko kawałek ogrodu,
który z pasją pielęgnują moi rodzice. Albo raczej pielęgnowali, kiedy jeszcze żyliśmy jak prawdziwa rodzina.
Miejscowość, w której mieszkamy,
jest tak mała i nudna, że w zasadzie każdy, kto jest na tyle mądry i
samodzielny, opuszcza to miejsce jak najszybciej może. Przykładem jest siostra
Ethana, Julie, która rzadko tu wraca. Faktycznie, nie ma tu zbyt wielu
ciekawych rzeczy do robienia. I może jestem dziwna, ale nawet lubię tu
mieszkać. Znam wiele miejsc, do których nikt nie zagląda i często przychodzę
tam z Noelle i Lukiem, a czasami sama. I zawsze, gdy o tym myślę, nasuwa mi się
jeszcze jeden powód, dla którego lubię tu mieszkać. Ethan.
Jeśli chcę go spotkać, wystarczy
że wyjdę z domu. Jak już mówiłam, nasze miasto jest naprawdę małe. Nie trzeba
długo szukać, by kogoś znaleźć.
Kiedy Wright zamknął drzwi, mimowolnie poczułam się jakoś
dziwnie. Zauważył zmieszanie na mojej twarzy i natychmiast wyjaśnił ze śmiechem:
-Muszę to
zrobić, żeby mi ciebie znowu nie ukradła.
Uśmiechnęłam się nieśmiało i
usiadłam obok niego na miękkim dywanie, w bezpiecznej odległości. Po raz
pierwszy tego dnia poczułam stres. Byliśmy tylko we dwoje, co jeśli stwierdzi,
że jestem nudna?
-Kylee –
zaczął cicho. Kąciki jego ust były delikatnie uniesione, co zdradzało jego
rozbawienie. – Jakby ci to powiedzieć… - zachichotał. – Nie musisz się mnie
bać.
Wyciągnął ręce, przyciągając
mnie bliżej. Uważnie obserwował moją reakcję, kiedy powoli tulił mnie do siebie.
Drżałam.
-Hej, Kylee –
uniósł moją twarz. – Dlaczego się boisz?
Zadrżałam jeszcze bardziej, na
co pogładził mnie po policzku i objął.
-Nie bój się.
Dzięki jego słowom znalazłam w
sobie resztki mojej wcześniejszej odwagi i postanowiłam to z siebie wyrzucić.
-Boję się, że
odejdziesz, a ja będę sama tak jak kilka lat temu. Bo nigdy nic cię nie zastąpi, nikt nie
sprawi, że będę się czuć jak przy tobie. I to boli, że przez te wszystkie lata
żyłam z tą świadomością, że jestem dla ciebie nikim…
-Po pierwsze, nigdy
nie byłaś dla mnie nikim – przerwał moje rozmyślania dziwnym tonem.
-Jak to? – Moje serce
zabiło sto razy szybciej i byłam pewna, że to poczuł, bo dzieliły nas jedynie
cienkie materiały naszych ubrań.
-Podobałaś mi się. –
Wzruszył ramionami. Co?!
-Dlaczego nigdy mi
nie powiedziałeś? – spytałam wyrzutem.
-Bo nigdy nie miałem okazji.
-Teraz masz. – Sama nie wierzyłam, że
wypowiedziałam to na głos. Ethan wziął głęboki oddech i wyznał mi to, o czym
marzyłam od zawsze.
-Kylee, podobasz mi się odkąd… –
westchnął – miałaś siedem lat, a ja prawie dziewięć – zaśmiał się. – Nigdy nie
byłaś dla mnie nikim. Podobasz mi się.
Ukryłam
przed nim moją twarz, żeby nie widział, że się rumienię. Czy to oznacza, że tak
właściwie to on pierwszy zwrócił na mnie uwagę? Że zaczęłam zauważać go dopiero
trzy lata później? Przecież oboje byliśmy wtedy dziećmi... Czy takie
zauroczenie w ogóle istnieje? I czy można to nazwać zauroczeniem?
-To dlaczego wolałeś Cher, Annie, Rosie…
i te wszystkie inne dziewczyny?
Poczułam,
jak ciało Ethana sztywnieje, a on porusza gwałtownie głową, jakby moje słowa
coś mu uświadomiły. Moje serce zamiera na te kilka sekund.
-Bo nie powinnaś być tu, nie możemy… -
uciął, gdy dotarło do niego jak niemiło to zabrzmiało. Westchnął. – Nie mogę
dać ci tego, o co prosisz.
-Ale… - Otworzyłam szerzej oczy. Byłam
zszokowana nagłą zmianą nastroju chłopaka.
-Chcę, Kylee, naprawdę strasznie tego
chcę. Ale nie mogę. – Ton jego głosu się zmienił, słyszałam jakby… smutek?
Frustrację? Złość?
-Dlaczego? – Walczyłam ze łzami,
zagryzając wewnętrzną stronę policzka.
-Kiedyś przyjdzie chwila, że wszystkiego
się dowiesz, wyjaśnię ci wiele spraw. Być może zrozumiesz, być może nie. –
Przyciągnął mnie jeszcze bliżej. – Ale to jeszcze nie jest ten moment.
Jego
dłoń powędrowała do mojej, gładząc ją uspokajająco kciukiem. Byłam kompletnie
zdezorientowana, ledwie byłam w stanie złapać oddech. Nie wiedziałam czy
powinnam na niego nawrzeszczeć i wyjść, czy siedzieć obok i płakać.
-I po trzecie, nigdy nie odejdę, bo nawet
jeśli mnie nie będzie, będę myśleć tylko o tobie.
Nie
zrozumiałam jego słów. Już miałam spytać, co ma znaczyć to „jeśli mnie nie
będzie”, ale wyprzedził mnie słowami:
-Hej, nie gadajmy o tym teraz, dobrze?
Skinęłam.
Nie mogłam powiedzieć ani słowa, ale próbowałam przywrócić się do porządku.
Nagle usłyszałam ciche pukanie. Ktoś próbował wejść do pokoju, ale Ethan
zamknął drzwi na klucz.
-A nie mówiłem? – Przewrócił teatralnie
oczami, jak gdyby w przeciągu kilku sekund zapomniał o naszej rozmowie i
wszystko było okej, wpuszczając Yvonne niosącą tacę z napojami i słodkościami.
– Co za niespodzianka.
Yvonne
położyła tacę na stoliku i przewróciła oczami. 100% Ethana.
-Nie ma za co – rzuciła i odwróciła się
na pięcie, by wyjść. – Patrzcie, jak pięknie się rozpogodziło – dodała, zanim
zamknęła drzwi. W pokoju zapanowała cisza.
-Chodź tu. – Posadził mnie na swoich
kolanach, przodem do siebie. Nasze nosy się stykały, czułam jego oddech na
mojej skórze. Złożył delikatne pocałunki na moich powiekach, policzkach, nosie,
ustach i szyi, a następnie przytulił. Gdy poczułam ten piękny zapach, zamknęłam
oczy i momentalnie się rozluźniłam. Był taki ciepły… Było w nim coś, co dawało
mi poczucie bezpieczeństwa. Chciałam już zawsze mieć go przy sobie, choć
wiedziałam, że to niemożliwe. – Hej, Kylee? – Podekscytowany ton jego głosu
wskazywał na to, że właśnie wpadł na jakiś pomysł.
-Tak?
Ethan,
zamiast mi odpowiedzieć, po prostu wstał, nadal trzymając mnie w objęciach, a
następnie postawił na ziemi. Nie reagował na żadne z moich pytań, co sprawiło,
że po raz kolejny całkowicie wytrącił mnie z rytmu i nie miałam pojęcia co się
dzieje. Zaczynałam wariować.
-Ale… - Patrzyłam, jak krząta się po pokoju
w poszukiwaniach. – Ethan. Wciąż tu jestem.
Chłopak
stanął przed szafą i wyciągnął parę idealnie poskładanych ubrań. A potem rzucił
nimi w moją stronę, zachowując część dla siebie.
-Przebierz się, jesteś mokra – rzucił
krótko, widząc moje zdezorientowane spojrzenie. – Powinny pasować. – Wzruszył
ramionami.
-Tutaj? – Uniosłam brwi. Chłopak
westchnął.
-Tak. – Wziął pod pachę swoje rzeczy i
wyszedł, teatralnie zamykając drzwi.
Spojrzałam
na rzeczy, które mi przygotował. Po chwili wahania postanowiłam posłuchać
Wrighta i przebrałam się. Niebieski t-shirt rozmiarowo nie był taki zły, w
przeciwieństwie do spodenek. Zakładam, że Ethanowi nie sięgają kolan, natomiast
dla mnie były stanowczo za duże. Tak, wiem, moje nogi nie należą do
najdłuższych, ale bez przesady. Wyglądałam jak pingwin.
Usłyszałam pukanie.
Ethan, stojący po drugiej stronie, zapytał czy jestem gotowa. Nieśmiało
wystawiłam głowę zza drzwi.
-Nie masz może mniejszego rozmiaru? –
spytałam. Odchylił drzwi, by to zobaczyć. Po kilku minutach skręcania się ze
śmiechu, chłopak odszukał dla mnie drugą parę, która okazała się nieco lepsza.
Wręczył mi suchą i pachnącą jego zapachem bluzę, a potem kazał zamknąć oczy. –
Nie, jeśli nie powiesz co zamierzasz zrobić – warknęłam.
Przewrócił
oczami i zawiązał mi oczy, zanim zdążyłam zareagować. Poczułam, jak z łatwością
przerzuca mnie przez ramię i wychodzi, rzucając mamie krótkie „wychodzimy”.
~*~ ~*~ ~*~
-Spójrz – szepnął, rozwiązując przepaskę
z moich oczu.
Z
otwartymi ustami rozglądałam się wokoło. W jednej chwili porzuciłam moje plany nakrzyczenia
na niego za ignorowanie moich próśb, by odstawił mnie na ziemię. Znajdowaliśmy
się w nieznanym mi dotąd miejscu. Przed nami widziałam ogromne, czyste jezioro,
a wokół mnóstwo drzew różnych gatunków. Znajdowaliśmy się na wzniesieniu,
dzięki czemu mogliśmy dostrzec w oddali zabudowania, ale wątpię, żeby
ktokolwiek widział nas. Podziwiałam te fantastyczne widoki dzikiej przyrody z
szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć w rzeczywistość istnienia tego
azylu.
-Ethan… - westchnęłam cicho. – Skąd
znasz to miejsce?
-Długa historia – uciął. Z rozbawieniem
obserwował mój zachwyt tym miejscem, co jakiś czas parskając śmiechem.
Usiadł na trawie i
zaprosił mnie gestem ręki do siebie.
-Chodź tu. – Gdy wykonałam jego prośbę,
przyciągnął mnie do siebie. – Podoba ci się to miejsce? Żadna Annie czy Cher tu
nie była. Tylko tobie je pokazałem.
-Naprawdę? – zaśmiałam się cicho. –
Ethan… – Odwróciłam się do niego twarzą i pocałowałam w policzek. – Dziękuję.
-Za co? – spytał.
-Za to, że mam na sobie suche ubrania,
że mnie potrafiłeś mnie wysłuchać, że mnie tu przyprowadziłeś… Za to, że po
prostu jesteś.
-Kylee… - westchnął. Smutek w jego
głosie był niemal namacalny. Przylegał do mnie ciałem, nie było między nami ani
odrobiny wolnej przestrzeni. Przytulał mnie niemal błagalnie… Nie rozumiałam
jego zachowania, ale odwzajemniałam jego gesty – Obiecaj mi, że poczekasz.
-Na co mam czekać? – Nie rozumiałam.
A
on, zamiast odpowiedzieć, po prostu pocałował mnie tak, jakby to było nasze
ostatnie spotkanie.
______________________________________________________
Od autorki: Ktoś tu ma huśtawki nastrojów ;)
Długo dodawałam rozdziału, bo nie miałam pomysłu jak to wszystko ująć i w kółko to poprawiałam i tak jakoś wyszło haha. Nadal nie jestem zachwycona. Pisałam go już w miarę dawno, więc z góry przepraszam za błędy.
Co mogę więcej powiedzieć, dziękuję za przeczytanie i do następnego! :)
Długo dodawałam rozdziału, bo nie miałam pomysłu jak to wszystko ująć i w kółko to poprawiałam i tak jakoś wyszło haha. Nadal nie jestem zachwycona. Pisałam go już w miarę dawno, więc z góry przepraszam za błędy.
Co mogę więcej powiedzieć, dziękuję za przeczytanie i do następnego! :)
+Jeśli przeczytałeś/łaś, liczę na szczery komentarz ;)