sobota, 28 czerwca 2014

II. „Nothing can ever, ever replace you.”

Kylee
Nie pamiętam, kiedy dokładnie wysiedliśmy z samochodu. Nagłe szczęście mnie oszołomiło. Nie mogłam uwierzyć w rzeczywistość tych wydarzeń i wciąż szczypałam się w przedramię, modliłam się, by nie był to kolejny sen. Nie pamiętam też, jak udało mi się wejść po stopniach, gdy moje nogi drżały i odmawiały posłuszeństwa. Ale pamiętam ten piękny, słodkawy zapach, który wypełnił moje nozdrza wraz z chwilą przestąpienia progu jego mieszkania. Przywodził na myśl szczęście, beztroskę i bezpieczeństwo. Było w nim coś, co zapamiętam na całe życie.
-Śmiało, rozgość się – zachęciła pani Wright. Odłożyła torebkę na szafkę obok drzwi i odwiesiła swoją kurtkę.
Z niedowierzaniem analizowałam każdy szczegół wystroju, podziwiałam z jaką lekkością łączyły się ze sobą i dopełniały nawzajem poszczególne elementy wnętrza. Przywiodło mi to przed oczy twarz mojej matki, ale szybko się otrząsnęłam. Mój dom wyglądał, jakby nikt w nim nie mieszkał. Był po prostu sztuczny. Natomiast dom Wrightów emanował ciepłem rodzinnym, choć mieszkali tu tylko we dwoje, matka z synem. Każdy najmniejszy drobiazg miał swoje miejsce i nic nie było przypadkowe. To mieszkanie idealnie odzwierciedlało nieskazitelną naturę pani Wright, która uwielbiała ład i porządek.
-Pozwól, że cię oprowadzę – zachichotała, widząc moją fascynację jej niebanalnymi rozwiązaniami. Z chęcią przyjęłam jej propozycję, a ta pokazała mi pozostałe pomieszczenia. Nie wiedziałam, skąd w tym niedużym mieszkaniu było tyle wolnych przestrzeni, ale nie pytałam. Jeśli musiałabym wybierać, to najbardziej podobała mi się kuchnia, otwarta na salon i jadalnię. Pastelowe kolory idealnie ze sobą współgrały, piękne meble w nowoczesnym stylu zachwycały oryginalnością, a obrazy na ścianach zapierały dech w piersi. Ale żaden z tych elementów nie przyciągał mojej uwagi bardziej od ogromnego okna, zza którego widać było piękne leśne krajobrazy.
                Dowiedziałam się też, że pani Wright miała na imię Yvonne i że poznała moją mamę w dzieciństwie, podczas jakiegoś wakacyjnego obozu.
-Byłyśmy przyjaciółkami. – Uśmiechnęła się, patrząc w bliżej nieokreślonym kierunku, jakby do widoku, który widziała tylko ona. – Miałyśmy wiele wspólnego. Pamiętam, że twoja mama była typem buntowniczki, imponowała mi we wszystkim, co robiła… a ja starałam się jak najlepiej ją naśladować. – Westchnęła. – Co u niej słychać? Dawno z nią nie rozmawiałam.
-No cóż… - zaśmiałam się cicho. – Ostatnio jest bardzo zapracowana, nie zbyt często bywa w domu. Nie miałam okazji ją spytać. – Westchnęłam, nie mogłam ukryć smutku i rozgoryczenia w moim głosie. – Ciekawe, dlaczego nic nie wspominała, że panią zna.
-Ja Ethanowi też nie mówiłam. – Wzruszyła ramionami. – W każdym razie, pozdrów ją ode mnie. I powiedz, że bardzo serdecznie ją zapraszam!
-Przekażę. – Uśmiechnęłam się szeroko.
                Poprosiłam ją, żeby coś jeszcze opowiedziała. Siedziałyśmy razem przy stole, popijając kawę i jedząc ciasteczka, gdy nagle przerwało nam znaczące kaszlnięcie. Ethan podpierał się bokiem o ścianę i spoglądał na nas rozbawionym, ale zdezorientowanym wzrokiem.
-Mamo, czy możesz oddać mi mojego gościa? – spytał, siląc się na poważny ton głosu i kładąc nacisk na wyraz „mojego”. Poczułam jak jego słowa wywołały dreszcz, przechodzący przez moje ciało. Miałam nadzieję, że tego nie widzieli.
-Nie pamiętam, żeby Kylee do kogokolwiek należała, młody człowieku – odrzekła obrażona. – Musimy to kiedyś powtórzyć – dodała, zwracając się do mnie z uśmiechem. Przytaknęłam z entuzjazmem.
-A teraz, pozwolisz? – Podał mi swoją dłoń i pociągnął za sobą. Znaleźliśmy się w ciemnym holu. – Tu jest mój pokój – wskazał na ciemne drzwi po prawej, a następnie po lewej stronie – a tu mojej siostry. Który wybierasz?
-Co to za pytanie? Twój. – Uśmiechnęłam się i nacisnęłam na klamkę.
                Jego pokój okazał się bardzo przytulny i zaskakująco czysty. Znaczny udział musiała mieć w tym Yvonne. Chyba, że syn odziedziczył po niej niektóre cechy… Ściany pomalowane były na błękitny kolor i idealnie pasowały do mebli wykonanych z jasnego drewna. Podłogę ozdabiał okrągły, puchaty dywan. W głębi pokoju, obok okna, stało biurko i regał z książkami, a po przeciwnej stronie sprzęty do ćwiczeń. Natomiast po prawej znajdowało się łóżko i telewizor. Za oknem rozciągał się równie wspaniały widok, jak ten w kuchni i salonie, i od razu wyobraziłam sobie, jak wspaniale byłoby tu mieszkać, w tak pięknym domu, w przepięknej okolicy. Bo pomimo tego, że mieszkam kilka kroków stąd, położenie mojego domu jest niefortunne. Widoki z mojego pokoju zasłaniają stare drzewa i widać tylko kawałek ogrodu, który z pasją pielęgnują moi rodzice. Albo raczej pielęgnowali, kiedy jeszcze żyliśmy jak prawdziwa rodzina.
                Miejscowość, w której mieszkamy, jest tak mała i nudna, że w zasadzie każdy, kto jest na tyle mądry i samodzielny, opuszcza to miejsce jak najszybciej może. Przykładem jest siostra Ethana, Julie, która rzadko tu wraca. Faktycznie, nie ma tu zbyt wielu ciekawych rzeczy do robienia. I może jestem dziwna, ale nawet lubię tu mieszkać. Znam wiele miejsc, do których nikt nie zagląda i często przychodzę tam z Noelle i Lukiem, a czasami sama. I zawsze, gdy o tym myślę, nasuwa mi się jeszcze jeden powód, dla którego lubię tu mieszkać. Ethan.
                Jeśli chcę go spotkać, wystarczy że wyjdę z domu. Jak już mówiłam, nasze miasto jest naprawdę małe. Nie trzeba długo szukać, by kogoś znaleźć.

Kiedy Wright zamknął drzwi, mimowolnie poczułam się jakoś dziwnie. Zauważył zmieszanie na mojej twarzy i natychmiast wyjaśnił ze śmiechem:
-Muszę to zrobić, żeby mi ciebie znowu nie ukradła.
                Uśmiechnęłam się nieśmiało i usiadłam obok niego na miękkim dywanie, w bezpiecznej odległości. Po raz pierwszy tego dnia poczułam stres. Byliśmy tylko we dwoje, co jeśli stwierdzi, że jestem nudna?
-Kylee – zaczął cicho. Kąciki jego ust były delikatnie uniesione, co zdradzało jego rozbawienie. – Jakby ci to powiedzieć… - zachichotał. – Nie musisz się mnie bać.
                Wyciągnął ręce, przyciągając mnie bliżej. Uważnie obserwował moją reakcję, kiedy powoli tulił mnie do siebie. Drżałam.
-Hej, Kylee – uniósł moją twarz. – Dlaczego się boisz?
                Zadrżałam jeszcze bardziej, na co pogładził mnie po policzku i objął.
-Nie bój się.
                Dzięki jego słowom znalazłam w sobie resztki mojej wcześniejszej odwagi i postanowiłam to z siebie wyrzucić.
-Boję się, że odejdziesz, a ja będę sama tak jak kilka lat temu. Bo nigdy nic cię nie zastąpi, nikt nie sprawi, że będę się czuć jak przy tobie. I to boli, że przez te wszystkie lata żyłam z tą świadomością, że jestem dla ciebie nikim…
-Po pierwsze, nigdy nie byłaś dla mnie nikim – przerwał moje rozmyślania dziwnym tonem.
-Jak to? – Moje serce zabiło sto razy szybciej i byłam pewna, że to poczuł, bo dzieliły nas jedynie cienkie materiały naszych ubrań.
-Podobałaś mi się. – Wzruszył ramionami. Co?!
-Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś? – spytałam wyrzutem.
-Bo nigdy nie miałem okazji.
-Teraz masz. – Sama nie wierzyłam, że wypowiedziałam to na głos. Ethan wziął głęboki oddech i wyznał mi to, o czym marzyłam od zawsze.
-Kylee, podobasz mi się odkąd… – westchnął – miałaś siedem lat, a ja prawie dziewięć – zaśmiał się. – Nigdy nie byłaś dla mnie nikim. Podobasz mi się.
                Ukryłam przed nim moją twarz, żeby nie widział, że się rumienię. Czy to oznacza, że tak właściwie to on pierwszy zwrócił na mnie uwagę? Że zaczęłam zauważać go dopiero trzy lata później? Przecież oboje byliśmy wtedy dziećmi... Czy takie zauroczenie w ogóle istnieje? I czy można to nazwać zauroczeniem?
-To dlaczego wolałeś Cher, Annie, Rosie… i te wszystkie inne dziewczyny?
                Poczułam, jak ciało Ethana sztywnieje, a on porusza gwałtownie głową, jakby moje słowa coś mu uświadomiły. Moje serce zamiera na te kilka sekund.
-Bo nie powinnaś być tu, nie możemy… - uciął, gdy dotarło do niego jak niemiło to zabrzmiało. Westchnął. – Nie mogę dać ci tego, o co prosisz.
-Ale… - Otworzyłam szerzej oczy. Byłam zszokowana nagłą zmianą nastroju chłopaka.
-Chcę, Kylee, naprawdę strasznie tego chcę. Ale nie mogę. – Ton jego głosu się zmienił, słyszałam jakby… smutek? Frustrację? Złość?
-Dlaczego? – Walczyłam ze łzami, zagryzając wewnętrzną stronę policzka.
-Kiedyś przyjdzie chwila, że wszystkiego się dowiesz, wyjaśnię ci wiele spraw. Być może zrozumiesz, być może nie. – Przyciągnął mnie jeszcze bliżej. – Ale to jeszcze nie jest ten moment.
                Jego dłoń powędrowała do mojej, gładząc ją uspokajająco kciukiem. Byłam kompletnie zdezorientowana, ledwie byłam w stanie złapać oddech. Nie wiedziałam czy powinnam na niego nawrzeszczeć i wyjść, czy siedzieć obok i płakać.
-I po trzecie, nigdy nie odejdę, bo nawet jeśli mnie nie będzie, będę myśleć tylko o tobie.
                Nie zrozumiałam jego słów. Już miałam spytać, co ma znaczyć to „jeśli mnie nie będzie”, ale wyprzedził mnie słowami:
-Hej, nie gadajmy o tym teraz, dobrze?
                Skinęłam. Nie mogłam powiedzieć ani słowa, ale próbowałam przywrócić się do porządku. Nagle usłyszałam ciche pukanie. Ktoś próbował wejść do pokoju, ale Ethan zamknął drzwi na klucz.
-A nie mówiłem? – Przewrócił teatralnie oczami, jak gdyby w przeciągu kilku sekund zapomniał o naszej rozmowie i wszystko było okej, wpuszczając Yvonne niosącą tacę z napojami i słodkościami. – Co za niespodzianka.
                Yvonne położyła tacę na stoliku i przewróciła oczami. 100% Ethana.
-Nie ma za co – rzuciła i odwróciła się na pięcie, by wyjść. – Patrzcie, jak pięknie się rozpogodziło – dodała, zanim zamknęła drzwi. W pokoju zapanowała cisza.
-Chodź tu. – Posadził mnie na swoich kolanach, przodem do siebie. Nasze nosy się stykały, czułam jego oddech na mojej skórze. Złożył delikatne pocałunki na moich powiekach, policzkach, nosie, ustach i szyi, a następnie przytulił. Gdy poczułam ten piękny zapach, zamknęłam oczy i momentalnie się rozluźniłam. Był taki ciepły… Było w nim coś, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Chciałam już zawsze mieć go przy sobie, choć wiedziałam, że to niemożliwe. – Hej, Kylee? – Podekscytowany ton jego głosu wskazywał na to, że właśnie wpadł na jakiś pomysł.
-Tak?
                Ethan, zamiast mi odpowiedzieć, po prostu wstał, nadal trzymając mnie w objęciach, a następnie postawił na ziemi. Nie reagował na żadne z moich pytań, co sprawiło, że po raz kolejny całkowicie wytrącił mnie z rytmu i nie miałam pojęcia co się dzieje. Zaczynałam wariować.
-Ale… - Patrzyłam, jak krząta się po pokoju w poszukiwaniach. – Ethan. Wciąż tu jestem.
                Chłopak stanął przed szafą i wyciągnął parę idealnie poskładanych ubrań. A potem rzucił nimi w moją stronę, zachowując część dla siebie.
-Przebierz się, jesteś mokra – rzucił krótko, widząc moje zdezorientowane spojrzenie. – Powinny pasować. – Wzruszył ramionami.
-Tutaj? – Uniosłam brwi. Chłopak westchnął.
-Tak. – Wziął pod pachę swoje rzeczy i wyszedł, teatralnie zamykając drzwi.
                Spojrzałam na rzeczy, które mi przygotował. Po chwili wahania postanowiłam posłuchać Wrighta i przebrałam się. Niebieski t-shirt rozmiarowo nie był taki zły, w przeciwieństwie do spodenek. Zakładam, że Ethanowi nie sięgają kolan, natomiast dla mnie były stanowczo za duże. Tak, wiem, moje nogi nie należą do najdłuższych, ale bez przesady. Wyglądałam jak pingwin.
Usłyszałam pukanie. Ethan, stojący po drugiej stronie, zapytał czy jestem gotowa. Nieśmiało wystawiłam głowę zza drzwi.
-Nie masz może mniejszego rozmiaru? – spytałam. Odchylił drzwi, by to zobaczyć. Po kilku minutach skręcania się ze śmiechu, chłopak odszukał dla mnie drugą parę, która okazała się nieco lepsza. Wręczył mi suchą i pachnącą jego zapachem bluzę, a potem kazał zamknąć oczy. – Nie, jeśli nie powiesz co zamierzasz zrobić – warknęłam.
                Przewrócił oczami i zawiązał mi oczy, zanim zdążyłam zareagować. Poczułam, jak z łatwością przerzuca mnie przez ramię i wychodzi, rzucając mamie krótkie „wychodzimy”.

~*~        ~*~        ~*~

-Spójrz – szepnął, rozwiązując przepaskę z moich oczu.
                Z otwartymi ustami rozglądałam się wokoło. W jednej chwili porzuciłam moje plany nakrzyczenia na niego za ignorowanie moich próśb, by odstawił mnie na ziemię. Znajdowaliśmy się w nieznanym mi dotąd miejscu. Przed nami widziałam ogromne, czyste jezioro, a wokół mnóstwo drzew różnych gatunków. Znajdowaliśmy się na wzniesieniu, dzięki czemu mogliśmy dostrzec w oddali zabudowania, ale wątpię, żeby ktokolwiek widział nas. Podziwiałam te fantastyczne widoki dzikiej przyrody z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć w rzeczywistość istnienia tego azylu.
-Ethan… - westchnęłam cicho. – Skąd znasz to miejsce?
-Długa historia – uciął. Z rozbawieniem obserwował mój zachwyt tym miejscem, co jakiś czas parskając śmiechem.
Usiadł na trawie i zaprosił mnie gestem ręki do siebie.
 -Chodź tu. – Gdy wykonałam jego prośbę, przyciągnął mnie do siebie. – Podoba ci się to miejsce? Żadna Annie czy Cher tu nie była. Tylko tobie je pokazałem.
-Naprawdę? – zaśmiałam się cicho. – Ethan… – Odwróciłam się do niego twarzą i pocałowałam w policzek. – Dziękuję.
-Za co? – spytał.
-Za to, że mam na sobie suche ubrania, że mnie potrafiłeś mnie wysłuchać, że mnie tu przyprowadziłeś… Za to, że po prostu jesteś.
-Kylee… - westchnął. Smutek w jego głosie był niemal namacalny. Przylegał do mnie ciałem, nie było między nami ani odrobiny wolnej przestrzeni. Przytulał mnie niemal błagalnie… Nie rozumiałam jego zachowania, ale odwzajemniałam jego gesty – Obiecaj mi, że poczekasz.
-Na co mam czekać? – Nie rozumiałam.

                A on, zamiast odpowiedzieć, po prostu pocałował mnie tak, jakby to było nasze ostatnie spotkanie.

______________________________________________________
Od autorki: Ktoś tu ma huśtawki nastrojów ;)

Długo dodawałam rozdziału, bo nie miałam pomysłu jak to wszystko ująć i w kółko to poprawiałam i tak jakoś wyszło haha. Nadal nie jestem zachwycona. Pisałam go już w miarę dawno, więc z góry przepraszam za błędy.
Co mogę więcej powiedzieć, dziękuję za przeczytanie i do następnego! :)


+Jeśli przeczytałeś/łaś, liczę na szczery komentarz ;)

niedziela, 22 czerwca 2014

I. „I want to, but I can’t”

Cztery miesiące później
                Tego dnia wszystko wyglądało zwyczajnie, wręcz ponuro. Niebo przesłonięte było ciemnymi chmurami i wiał wiatr, nic nadzwyczajnego w ostatnich dniach.
                Kiedy zbiegłam na dół i krzyknęłam głośno „dzień dobry!”, odpowiedziało mi głuche echo. Matki i ojca jak zwykle nie było w domu. W sumie czułam się jakbym mieszkała sama, bo przez większą część roku znajdowali się poza miastem. Ojciec ma ku temu powody, bo pracuje w wojsku i nie od niego to zależy. Ale matka? Na siłę stara się stąd wyrwać, wszędzie szuka potencjalnych klientów, partnerów i nie wiem czego jeszcze. Co prawda jest architektką, prowadzi małą firmę, ale nie to jest powodem jej częstych wyjazdów. Czasami rozważam nawet czy nie ma romansu. Kiedy pytam ją dlaczego po raz kolejny zostawia mnie samą, zawsze odpowiada to samo: „Kocham cię córeczko, robię to żebyś mogła żyć w przyzwoitych warunkach i żeby niczego ci nie brakowało”.

Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, że rzeczą, której najbardziej mi brakuje jest właśnie ona.

                Lodówka świeciła pustkami, podobnie jak mój brzuch. Zdenerwowana poszłam do łazienki, umyłam się, pomalowałam rzęsy i zawiązałam włosy w luźnego koka. Nie byłam w nastroju na stanie przed lustrem i robienie dokładnego makijażu, zresztą to samo było z moją fryzurą i ubraniami. Wróciłam do swojego pokoju i szybko przebrałam się w szare dresy i niebieski t-shirt. Następnie wzięłam do ręki plecak, narzuciłam na siebie bluzę i wybiegłam z domu.
                Biegłam, by jak najszybciej uciszyć denerwujące burczenie w brzuchu i czułam się jak idiotka, kiedy ludzie mierzyli mnie wzrokiem. Wpadłam do sklepu, powrzucałam do koszyka interesujące mnie produkty i zapłaciłam. Gdy wyszłam na zewnątrz, momentalnie ogarnęło mnie zaskoczenie.
                Na moje nieszczęście trafiłam w sam środek jakiegoś zamieszania. Spytałam jakąś dziewczynę, co się stało, ale odpowiedziała mi niezrozumiale i chaotycznie.
-Powie mi ktoś, co tu się do cholery dzieje? – warknęłam poirytowana.
                Schodziłam po schodach, kiedy znajoma twarz mignęła mi przed oczami. Zamrugałam, rozglądając się wokoło i przeszukując tłum wzrokiem, aż natrafiłam na konkretną osobę.
-Dzień dobry – rzuciłam szybko z uśmiechem. Tłum pchał mnie do tyłu, ale uparcie starałam się mu przeciwstawić.
-Dzień dobry – odpowiedziała kobieta. Obdarzyła mnie przy okazji najbardziej promiennym uśmiechem jaki w życiu widziałam. W jej niebieskich oczach jak zawsze było to coś co nasuwało mi myśl, czy ona przypadkiem się ze mnie nie śmieje. Pani Wright była piękną blondynką o niesamowitej figurze i wyglądała naprawdę młodo. Ubierała się elegancko i modnie, zawsze idealnie planowała swój strój.
                Minęłam ją i szłam dalej. Nagle osłupiałam i zawróciłam. Skoro jest tu jego mama, to on też może gdzieś tu być. Nie byłam pewna co zamierzam zrobić. Czynności, które wykonywałam przychodziły same; myślałam tylko o nim i o tym, że zerwał z tą lasią. Teraz albo nigdy.
                Zaraz potem zjawił się Ethan. Zawsze wyglądał perfekcyjnie, ale tego dnia jakoś szczególnie. Idąc w jego kierunku nawet nie czułam zdenerwowania. Jak już mówiłam, kompletnie nie myślałam.
-Ethan – przywitałam go. – Możemy porozmawiać?
-Jasne – odpowiedział z uśmiechem po krótkiej chwili. – O co chodzi, Kylee?
                Moje imię wypowiedziane przez niego wywołało u mnie gęsią skórkę. Usiłowałam ją zakryć, naciągając rękawy mojej bluzy na ramiona. Czekałam na tą chwilę siedem lat.
-Jaką chwilę? – Czy ja właśnie wypowiedziałam moje myśli na głos?! Straciłam rozum przez tego chłopaka. Chociaż w gruncie rzeczy… nie bardzo mnie to obchodziło w tamtej chwili.
-Wiesz, Ethan – zaczęłam. – I tak już nigdy nie spojrzę ci w oczy nie czując wstydu, więc w sumie nie mam nic do stracenia.
                Patrzył na mnie z góry, przez co sprawił, że poczułam się przy nim jeszcze mniejsza. Tym razem uparcie utrzymywałam z nim kontakt wzrokowy, co dziwiło nawet samą mnie. Skąd ja wzięłam nagle tyle odwagi? Cóż, coś się uzbierało przez te siedem lat.
-Nadal jesteś w moich myślach i nie potrafię cię stamtąd wyrzucić – wyszeptałam płaczliwym głosem. Po chwili kontynuowałam, starając się opanować. – Miałeś wiele dziewczyn, w tym Cher. Jakoś to zniosłam, nie mogę ingerować w twoje życie. Ale dłużej nie zniosę tego uczucia, że nie powiedziałam ci tego, co o tym sądzę. Wiem, że dla ciebie moje zdanie jest nic nie warte, ale proszę, wysłuchaj mnie. Nie musisz się na nic zgadzać, nie mam zamiaru cię zmuszać. Chcę twojego szczęścia, jakkolwiek oklepanie to brzmi. I mam świadomość, że to co teraz mówię jest żałosne, naprawdę… - Mój głos się załamał. – Przepraszam, Ethan. Może nie powinnam tego mówić.
                Milczał. Wpatrywał się we mnie z tą swoją kamienną twarzą i nie wiedział co powiedzieć. A ja mówić nie mogłam, bo w gardle czułam wielką gulę, która nie pozwalała mi oddychać. Staliśmy więc w zupełnej ciszy. Ja byłam roztrzęsiona, on – zdezorientowany. Potem mój głos wrócił.
-Lub mnie – szepnęłam. Głupiagłupiagłupiagłupiagłupiagłupiagłupiagłupiagłupia. Chwila, istnieje w ogóle takie słowo? Zrezygnowana zwiesiłam głowę, lekko dotykając jej czubkiem torsu Ethana. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co właśnie zrobiłam.
-Lubię cię. – Był niewzruszony. Nagle zorientowałam się, że cała drżałam. Podniosłam głowę i szukałam jego wzroku.
-Ethan, nie lubisz mnie tak jak ja ciebie i nawet nie próbuj mi wmawiać, że jest inaczej. Ethan, lub mnie w ten sposób  – powtórzyłam, poczym schowałam twarz w materiale jego bluzy i próbowałam powstrzymać potok łez.
-Nie mogę – wyszeptał. – Kylee, spójrz na mnie – poprosił.
-Nie.
-Dlaczego?
-Bo brzydko wyglądam. – Miałam na myśli „jestem spuchnięta od płaczu i czerwona jak burak”.
                Wyrwał się z niego urwany chichot, ale szybko się opamiętał. Potem uniósł moją głowę i zmusił mnie do spojrzenia mu w oczy.
-Hej, spójrz na mnie. – Poddałam się. – Chcę, ale nie mogę.
-Proszę. – Głos w mojej głowie aż krzyczał „JESTEŚ ŻAŁOSNA”. - Nie obchodzi mnie, że nie możesz. Polub mnie wreszcie.
                Nie zastanawiałam się już dłuże­­­­­­­­­­j i musnęłam jego wargi. Idiotkaidiotkaidiotkaidiotkaidiotka. Gdy odsunął się po chwili, byłam przerażona. Co ty sobie myślałaś?
                Tymczasem Ethan stanął niżej, dzięki czemu jego twarz znajdowała się na wysokości moich oczu. Nie zdążyłam jakkolwiek zareagować, to wszystko działo się po prostu samo. Rzucił coś w stylu „tak będzie lepiej”, a potem znowu poczułam jego miękkie wargi na moich. Nie wierzyłam w to, co się działo, ale nie chciałam o tym myśleć. Moje wnętrze aż krzyczało. Nadal drżałam, ale już z innego powodu. Aiausiudnsusufnakiomvgodjtuwbmxbvoejsmebjyudtsnf ETHAN WRIGHT MNIE POCAŁOWAŁ.
                Poczułam jak krople wody opadają na moje włosy. Odsunęłam się od Ethana i spojrzałam do góry, na ciemniejące niebo.
-Wygląda na to, że będzie burza – szepnęłam. Przytaknął i cmoknął mnie w policzek.
-Musimy porozmawiać, ale nie tutaj… Chodź, zabierzemy cię ze sobą. – Chwila, jak to „zabierzemy”? Rozglądnęłam się i zobaczyłam w oddali panią Wright, przyglądającą się nam z rozbawieniem. Rumieńce znowu rozlały się po moich policzkach. Czy ja właśnie rzuciłam się na jej syna na jej oczach?
                Zdjął swoją bluzę i osłonił mnie nią przed deszczem. A potem wziął mnie na ręce i niósł aż do samochodu, mimo mojego sprzeciwu. Chowałam twarz w zagłębieniu jego szyi, jednocześnie czując gorąco rozlewające się na nowo po policzkach. Nie miałam odwagi spojrzeć na panią Wright i przez całą podróż uparcie wpatrywałam się w przemykające krajobrazy za oknem. Tego dnia pogoda nie była zbyt piękna, ja jednak miałam wrażenie, że przestało kropić, a burzowe chmury rozpłynęły się, ukazując błękitne niebo i ustępując miejsca słońcu.
                Spojrzałam w lewo, na siedzącego obok Ethana i momentalnie bicie mojego serca wyraźnie przyspieszyło. Odwzajemnił spojrzenie i uniósł lekko kącik ust. Czas jakby się zatrzymał, istotny był dla mnie tylko on. Tylko jego oczy, wreszcie wpatrzone w moje.
Najpiękniejszy dzień w moim życiu.

Ethan
                Myślałem nad tym wszystkim, co przed chwilą się wydarzyło, kiedy poczułem na sobie jej wzrok. Ociągając się, spojrzałem na Kylee, wpatrującą się w moje oczy. Miałem nadzieję, że nie było widać w nich tego, co działo się ze mną w środku. Zżerało mnie poczucie winy i zdenerwowanie. Zacisnąłem pięści i przygryzłem policzek.

 Co ja najlepszego zrobiłem…


______________________________________________________

Od autorki: No i mamy pierwszy rozdział. Nie powiem, że jestem zadowolona, no ale. Musiałam go skrócić, bo następny będzie bardzo długi ;). Nie lubię długich początków, więc zdradzę, że już niedługo to się zacznie rozwijać ;). Na razie nie będę was męczyć długą notką, dziękuję za przeczytanie i do następnego!:)

+Jeśli przeczytałeś/łaś, liczę na komentarz ;)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Prologue.

                Stałam jak wryta, moje ciało po prostu odmawiało mi posłuszeństwa. Czułam się taka bezsilna, potrafiłam tylko patrzeć. A patrzyłam uważnie, bo nie miałam wyjścia. Serce uderzało mi coraz szybciej i bałam się, czy w końcu nie pęknie. Ethan Wright miał zaraz mnie minąć, trzymając za rękę jakąś dziewczynę. Jeszcze mnie nie zauważył. Nie widział, że stoję oniemiała.
                Zbliżali się coraz bardziej i bardziej, a mi wydawało się, że ta chwila przeciąga się w całą wieczność. Gdy byli w odległości kilku kroków, jego oczy oderwały się od nieznajomej dla mnie dziewczyny i wzrok chłopaka spoczął na mnie. Trwało to ułamki sekund, ale wystarczyło, bym poczuła jak moje kruche serce rozpada się na miliony kawałeczków.
Chciałam go nienawidzić. Za to, że nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Za to, że mnie zwodził, że dawał mi złudną nadzieję. A przede wszystkim za to, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo mnie ranił.
Ale nie potrafiłam.

-Hej, Ethan, zaczekaj! – wołała Miley. Chłopak oglądnął się przez ramię i przystanął.
-Nie słuchaj jej, proszę… Ethan. – Spuściłam głowę, mamrocząc nieskładnie. Nic nie rozumiał, nie miał pojęcia kogo posłuchać; mnie? czy Miley?
-Mam ci coś ciekawego do powiedzenia. – Upewniła się, że słyszę jej słowa.
-Miley… - błagałam. Nawet nie drgnęła. Zmuszałam więc swoje nogi do odejścia, ale zanim zdążyłam to zrobić, usłyszałam słowa Miley. Nie, to nie może dziać się naprawdę. Nikt nie jest aż tak pełen nienawiści, żeby ośmieszyć w ten sposób drugiego człowieka. Byłam naiwna, ale do ostatniej chwili wierzyłam, że Miley była inna. Mimowolnie odwróciłam się do nich, zanim jeszcze zaczęła mówić. I wtedy moje serce zamarło.
-Nasza mała Kylee się w tobie zakochała…
                Patrzyłam na zdezorientowanego Ethana, a on patrzył na mnie. W jego oczach było coś, czego nie potrafiłam odczytać, może to było po prostu zdziwienie, może rozbawienie, a być może coś zupełnie innego, nie wiem. Ale wiem, że to, co zrobiłam potem, było najgłupszym co mogłam zrobić. Dziecinne, miałam przecież tylko 10 lat.
-Nieprawda!
                I uciekłam, bo to jedyne co potrafiłam zrobić, czując na sobie wzrok Ethana.

-Cześć Kylee, nie poznałem cię. – Usłyszałam nagle za sobą jego głos. Stał, nadal trzymając za rękę tą blondi, ale patrzył prosto na mnie.
-O, hej. – Posłałam mu lekko wymuszony uśmiech. Leżałam na łopatkach, byłam całkiem bezbronna, a on jeszcze dobijał mnie swoim nieświadomym spojrzeniem.

                Łzy przesłaniały mi widok, ale to się dla mnie nie liczyło. Znałam tą drogę na pamięć, chodziłam tamtędy codziennie. Jakaś kobieta przypatrywała mi się z niepokojem. Przyspieszyłam kroku, żeby nikt nie mógł usłyszeć, jak wydobywa się ze mnie głośny szloch. I wtedy właśnie poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Byłam w stu procentach pewna, że tym „kimś” nie był zwykły przechodzeń.
Ethan.
                W szybach samochodów widziałam jego odbicie. Wahał się nad czymś, uważnie mnie obserwując. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. To jeszcze bardziej mnie zasmuciło.
                Mieszkał tuż obok mnie. Zawsze wracaliśmy razem, gdy kończyliśmy o tej samej porze – w każdy wtorek i czwartek. Czułam jakby był moim starszym bratem, zawsze pytał co u mnie słychać. I zawsze widziałam, że się uśmiecha, kiedy zobaczy, że „przypadkiem” na niego czekam. Domyślał się, że mi się podoba. Ale chyba nie przypuszczał, że go kocham.

-Wy się chyba jeszcze nie znacie. – Wskazał na długonogą blondynkę. Skinęłam. - Kylee, to jest Cher.
-Umiem sama się przedstawić – przemówiła niskim głosem, patrząc na niego spod wachlarza gęstych, wymalowanych tuszem rzęs. Potem zwróciła się do mnie i podała mi idealnie wypielęgnowaną dłoń. – Jestem Cher Conrad.
-Kylee – uśmiechnęłam się drętwo i odwzajemniłam jej gest. Pff, serio „Cher”? Co to w ogóle za imię?! Mimowolnie spojrzałam na Ethana. Chciałam przynajmniej mieć pewność, że nie czuje się ani odrobinę zmieszany czy zawstydzony. Ale on miał tą samą minę co zawsze, z której nic nie dało się wywnioskować.
                Cher z oddaniem zaczęła opowiadać jakąś niesamowitą historię, jednak nie wysłuchałam nawet dwóch zdań. Potakiwałam głową, patrząc kątem oka na Ethana, który zniecierpliwiony kopał butem mały kamyk, leżący na chodniku.
-Miło było, Kylee, ale musimy iść – przerwał chłodno jej opowieść, pociągając lekko jej rękę. Zrobiła kwaśną minę, ale przytaknęła. – Do zobaczenia.

                A potem, kiedy wiedziałam, że zbliżamy się do miejsca, w którym musi już skręcić w lewo, przechyliłam głowę, by zobaczyć czy pośle mi spojrzenie, tak jak zawsze. Drgnął lekko, jednak po chwili jakby się opamiętał i szedł już prosto przed siebie.
                A ja po raz pierwszy odkąd go poznałam, poczułam się naprawdę opuszczona. I zamiast iść do domu, natychmiast pobiegłam do Noelle.

~*~        ~*~        ~*~

                Noelle była dla mnie kimś naprawdę ważnym. Nie pamiętam kiedy dokładnie się zaprzyjaźniłyśmy, pojawiła się nagle i zupełnie niespodziewanie. Są osoby, które całe życie nie znajdują ani jednego prawdziwego przyjaciela, a są takie, którym przyjaciół nigdy nie brakuje. Dziwnym, ale szczęśliwym trafem zaliczyłam się do grona tych drugich. Mam dwoje wspaniałych przyjaciół: Noelle Brownlee i Luke’a Jamesa. Po raz pierwszy spotkałam go niecałe cztery lata temu, kiedy zepsuł mi się rower. Był jedyną osobą, która zatrzymała się i mi pomogła. Od tego czasu jest dla mnie jak brat.
                Kiedy więc szczęśliwi zakochani zniknęli za rogiem, wróciłam do domu po rower i pojechałam do Noelle. Znowu czułam się jak dziesięcioletnia Kylee, biegnąca do przyjaciółki się wypłakać. Bez ostrzeżenia wtargnęłam do jej domu i od chwili gdy otworzyła drzwi, moje usta się nie zamykały. A ona, jak prawdziwa matka, gładziła moje włosy i dawała mi możliwość wyżalenia się z tego wszystkiego. Kochałam ją za to.
                Wracałam do domu w wesołym nastroju, czułam się jakoś inaczej… Jakoś dziwnie. Nadal cierpiałam, ale nie wydawało mi się to już takie nieznośne. Wspomnienia mnie nie opuściły. Wracają za każdym razem, kiedy myślę, że już zapomniałam i mam to za sobą.

A to uczucie pojawia się zawsze gdy go widzę; trwa nadal, od niemal siedmiu lat.


______________________________________________________

Od autorki: No i mamy prolog :) Mam nadzieję, że nie był AŻ TAK nudny ;) Ale obiecuję, że będę się starać. To moje pierwsze fanfiction, więc z góry przepraszam, ale dopiero się uczę. Tak, wiem. Na razie nie wiele wiadomo; co do bohaterów, to niedługo postaram się zamieścić ich zdjęcia. Ale wszystko w swoim czasie ;) Na razie nie możecie ich zobaczyć, bo to wszystko zepsuje haha. Powiem tylko tyle, że główna bohaterka wygląda jak Lily Collins i pojawią się tu bliźniacy Brooks ;) Dobra, nie będę was dłużej zanudzać, jeśli to przeczytaliście i wytrwaliście aż dotąd, bardzo dziękuję za uwagę ;)

+ Było by mi bardzo miło, gdybyście dali mi znak w komentarzu, czy ktoś w ogóle zamierza to czytać ;)