sobota, 28 czerwca 2014

II. „Nothing can ever, ever replace you.”

Kylee
Nie pamiętam, kiedy dokładnie wysiedliśmy z samochodu. Nagłe szczęście mnie oszołomiło. Nie mogłam uwierzyć w rzeczywistość tych wydarzeń i wciąż szczypałam się w przedramię, modliłam się, by nie był to kolejny sen. Nie pamiętam też, jak udało mi się wejść po stopniach, gdy moje nogi drżały i odmawiały posłuszeństwa. Ale pamiętam ten piękny, słodkawy zapach, który wypełnił moje nozdrza wraz z chwilą przestąpienia progu jego mieszkania. Przywodził na myśl szczęście, beztroskę i bezpieczeństwo. Było w nim coś, co zapamiętam na całe życie.
-Śmiało, rozgość się – zachęciła pani Wright. Odłożyła torebkę na szafkę obok drzwi i odwiesiła swoją kurtkę.
Z niedowierzaniem analizowałam każdy szczegół wystroju, podziwiałam z jaką lekkością łączyły się ze sobą i dopełniały nawzajem poszczególne elementy wnętrza. Przywiodło mi to przed oczy twarz mojej matki, ale szybko się otrząsnęłam. Mój dom wyglądał, jakby nikt w nim nie mieszkał. Był po prostu sztuczny. Natomiast dom Wrightów emanował ciepłem rodzinnym, choć mieszkali tu tylko we dwoje, matka z synem. Każdy najmniejszy drobiazg miał swoje miejsce i nic nie było przypadkowe. To mieszkanie idealnie odzwierciedlało nieskazitelną naturę pani Wright, która uwielbiała ład i porządek.
-Pozwól, że cię oprowadzę – zachichotała, widząc moją fascynację jej niebanalnymi rozwiązaniami. Z chęcią przyjęłam jej propozycję, a ta pokazała mi pozostałe pomieszczenia. Nie wiedziałam, skąd w tym niedużym mieszkaniu było tyle wolnych przestrzeni, ale nie pytałam. Jeśli musiałabym wybierać, to najbardziej podobała mi się kuchnia, otwarta na salon i jadalnię. Pastelowe kolory idealnie ze sobą współgrały, piękne meble w nowoczesnym stylu zachwycały oryginalnością, a obrazy na ścianach zapierały dech w piersi. Ale żaden z tych elementów nie przyciągał mojej uwagi bardziej od ogromnego okna, zza którego widać było piękne leśne krajobrazy.
                Dowiedziałam się też, że pani Wright miała na imię Yvonne i że poznała moją mamę w dzieciństwie, podczas jakiegoś wakacyjnego obozu.
-Byłyśmy przyjaciółkami. – Uśmiechnęła się, patrząc w bliżej nieokreślonym kierunku, jakby do widoku, który widziała tylko ona. – Miałyśmy wiele wspólnego. Pamiętam, że twoja mama była typem buntowniczki, imponowała mi we wszystkim, co robiła… a ja starałam się jak najlepiej ją naśladować. – Westchnęła. – Co u niej słychać? Dawno z nią nie rozmawiałam.
-No cóż… - zaśmiałam się cicho. – Ostatnio jest bardzo zapracowana, nie zbyt często bywa w domu. Nie miałam okazji ją spytać. – Westchnęłam, nie mogłam ukryć smutku i rozgoryczenia w moim głosie. – Ciekawe, dlaczego nic nie wspominała, że panią zna.
-Ja Ethanowi też nie mówiłam. – Wzruszyła ramionami. – W każdym razie, pozdrów ją ode mnie. I powiedz, że bardzo serdecznie ją zapraszam!
-Przekażę. – Uśmiechnęłam się szeroko.
                Poprosiłam ją, żeby coś jeszcze opowiedziała. Siedziałyśmy razem przy stole, popijając kawę i jedząc ciasteczka, gdy nagle przerwało nam znaczące kaszlnięcie. Ethan podpierał się bokiem o ścianę i spoglądał na nas rozbawionym, ale zdezorientowanym wzrokiem.
-Mamo, czy możesz oddać mi mojego gościa? – spytał, siląc się na poważny ton głosu i kładąc nacisk na wyraz „mojego”. Poczułam jak jego słowa wywołały dreszcz, przechodzący przez moje ciało. Miałam nadzieję, że tego nie widzieli.
-Nie pamiętam, żeby Kylee do kogokolwiek należała, młody człowieku – odrzekła obrażona. – Musimy to kiedyś powtórzyć – dodała, zwracając się do mnie z uśmiechem. Przytaknęłam z entuzjazmem.
-A teraz, pozwolisz? – Podał mi swoją dłoń i pociągnął za sobą. Znaleźliśmy się w ciemnym holu. – Tu jest mój pokój – wskazał na ciemne drzwi po prawej, a następnie po lewej stronie – a tu mojej siostry. Który wybierasz?
-Co to za pytanie? Twój. – Uśmiechnęłam się i nacisnęłam na klamkę.
                Jego pokój okazał się bardzo przytulny i zaskakująco czysty. Znaczny udział musiała mieć w tym Yvonne. Chyba, że syn odziedziczył po niej niektóre cechy… Ściany pomalowane były na błękitny kolor i idealnie pasowały do mebli wykonanych z jasnego drewna. Podłogę ozdabiał okrągły, puchaty dywan. W głębi pokoju, obok okna, stało biurko i regał z książkami, a po przeciwnej stronie sprzęty do ćwiczeń. Natomiast po prawej znajdowało się łóżko i telewizor. Za oknem rozciągał się równie wspaniały widok, jak ten w kuchni i salonie, i od razu wyobraziłam sobie, jak wspaniale byłoby tu mieszkać, w tak pięknym domu, w przepięknej okolicy. Bo pomimo tego, że mieszkam kilka kroków stąd, położenie mojego domu jest niefortunne. Widoki z mojego pokoju zasłaniają stare drzewa i widać tylko kawałek ogrodu, który z pasją pielęgnują moi rodzice. Albo raczej pielęgnowali, kiedy jeszcze żyliśmy jak prawdziwa rodzina.
                Miejscowość, w której mieszkamy, jest tak mała i nudna, że w zasadzie każdy, kto jest na tyle mądry i samodzielny, opuszcza to miejsce jak najszybciej może. Przykładem jest siostra Ethana, Julie, która rzadko tu wraca. Faktycznie, nie ma tu zbyt wielu ciekawych rzeczy do robienia. I może jestem dziwna, ale nawet lubię tu mieszkać. Znam wiele miejsc, do których nikt nie zagląda i często przychodzę tam z Noelle i Lukiem, a czasami sama. I zawsze, gdy o tym myślę, nasuwa mi się jeszcze jeden powód, dla którego lubię tu mieszkać. Ethan.
                Jeśli chcę go spotkać, wystarczy że wyjdę z domu. Jak już mówiłam, nasze miasto jest naprawdę małe. Nie trzeba długo szukać, by kogoś znaleźć.

Kiedy Wright zamknął drzwi, mimowolnie poczułam się jakoś dziwnie. Zauważył zmieszanie na mojej twarzy i natychmiast wyjaśnił ze śmiechem:
-Muszę to zrobić, żeby mi ciebie znowu nie ukradła.
                Uśmiechnęłam się nieśmiało i usiadłam obok niego na miękkim dywanie, w bezpiecznej odległości. Po raz pierwszy tego dnia poczułam stres. Byliśmy tylko we dwoje, co jeśli stwierdzi, że jestem nudna?
-Kylee – zaczął cicho. Kąciki jego ust były delikatnie uniesione, co zdradzało jego rozbawienie. – Jakby ci to powiedzieć… - zachichotał. – Nie musisz się mnie bać.
                Wyciągnął ręce, przyciągając mnie bliżej. Uważnie obserwował moją reakcję, kiedy powoli tulił mnie do siebie. Drżałam.
-Hej, Kylee – uniósł moją twarz. – Dlaczego się boisz?
                Zadrżałam jeszcze bardziej, na co pogładził mnie po policzku i objął.
-Nie bój się.
                Dzięki jego słowom znalazłam w sobie resztki mojej wcześniejszej odwagi i postanowiłam to z siebie wyrzucić.
-Boję się, że odejdziesz, a ja będę sama tak jak kilka lat temu. Bo nigdy nic cię nie zastąpi, nikt nie sprawi, że będę się czuć jak przy tobie. I to boli, że przez te wszystkie lata żyłam z tą świadomością, że jestem dla ciebie nikim…
-Po pierwsze, nigdy nie byłaś dla mnie nikim – przerwał moje rozmyślania dziwnym tonem.
-Jak to? – Moje serce zabiło sto razy szybciej i byłam pewna, że to poczuł, bo dzieliły nas jedynie cienkie materiały naszych ubrań.
-Podobałaś mi się. – Wzruszył ramionami. Co?!
-Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś? – spytałam wyrzutem.
-Bo nigdy nie miałem okazji.
-Teraz masz. – Sama nie wierzyłam, że wypowiedziałam to na głos. Ethan wziął głęboki oddech i wyznał mi to, o czym marzyłam od zawsze.
-Kylee, podobasz mi się odkąd… – westchnął – miałaś siedem lat, a ja prawie dziewięć – zaśmiał się. – Nigdy nie byłaś dla mnie nikim. Podobasz mi się.
                Ukryłam przed nim moją twarz, żeby nie widział, że się rumienię. Czy to oznacza, że tak właściwie to on pierwszy zwrócił na mnie uwagę? Że zaczęłam zauważać go dopiero trzy lata później? Przecież oboje byliśmy wtedy dziećmi... Czy takie zauroczenie w ogóle istnieje? I czy można to nazwać zauroczeniem?
-To dlaczego wolałeś Cher, Annie, Rosie… i te wszystkie inne dziewczyny?
                Poczułam, jak ciało Ethana sztywnieje, a on porusza gwałtownie głową, jakby moje słowa coś mu uświadomiły. Moje serce zamiera na te kilka sekund.
-Bo nie powinnaś być tu, nie możemy… - uciął, gdy dotarło do niego jak niemiło to zabrzmiało. Westchnął. – Nie mogę dać ci tego, o co prosisz.
-Ale… - Otworzyłam szerzej oczy. Byłam zszokowana nagłą zmianą nastroju chłopaka.
-Chcę, Kylee, naprawdę strasznie tego chcę. Ale nie mogę. – Ton jego głosu się zmienił, słyszałam jakby… smutek? Frustrację? Złość?
-Dlaczego? – Walczyłam ze łzami, zagryzając wewnętrzną stronę policzka.
-Kiedyś przyjdzie chwila, że wszystkiego się dowiesz, wyjaśnię ci wiele spraw. Być może zrozumiesz, być może nie. – Przyciągnął mnie jeszcze bliżej. – Ale to jeszcze nie jest ten moment.
                Jego dłoń powędrowała do mojej, gładząc ją uspokajająco kciukiem. Byłam kompletnie zdezorientowana, ledwie byłam w stanie złapać oddech. Nie wiedziałam czy powinnam na niego nawrzeszczeć i wyjść, czy siedzieć obok i płakać.
-I po trzecie, nigdy nie odejdę, bo nawet jeśli mnie nie będzie, będę myśleć tylko o tobie.
                Nie zrozumiałam jego słów. Już miałam spytać, co ma znaczyć to „jeśli mnie nie będzie”, ale wyprzedził mnie słowami:
-Hej, nie gadajmy o tym teraz, dobrze?
                Skinęłam. Nie mogłam powiedzieć ani słowa, ale próbowałam przywrócić się do porządku. Nagle usłyszałam ciche pukanie. Ktoś próbował wejść do pokoju, ale Ethan zamknął drzwi na klucz.
-A nie mówiłem? – Przewrócił teatralnie oczami, jak gdyby w przeciągu kilku sekund zapomniał o naszej rozmowie i wszystko było okej, wpuszczając Yvonne niosącą tacę z napojami i słodkościami. – Co za niespodzianka.
                Yvonne położyła tacę na stoliku i przewróciła oczami. 100% Ethana.
-Nie ma za co – rzuciła i odwróciła się na pięcie, by wyjść. – Patrzcie, jak pięknie się rozpogodziło – dodała, zanim zamknęła drzwi. W pokoju zapanowała cisza.
-Chodź tu. – Posadził mnie na swoich kolanach, przodem do siebie. Nasze nosy się stykały, czułam jego oddech na mojej skórze. Złożył delikatne pocałunki na moich powiekach, policzkach, nosie, ustach i szyi, a następnie przytulił. Gdy poczułam ten piękny zapach, zamknęłam oczy i momentalnie się rozluźniłam. Był taki ciepły… Było w nim coś, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Chciałam już zawsze mieć go przy sobie, choć wiedziałam, że to niemożliwe. – Hej, Kylee? – Podekscytowany ton jego głosu wskazywał na to, że właśnie wpadł na jakiś pomysł.
-Tak?
                Ethan, zamiast mi odpowiedzieć, po prostu wstał, nadal trzymając mnie w objęciach, a następnie postawił na ziemi. Nie reagował na żadne z moich pytań, co sprawiło, że po raz kolejny całkowicie wytrącił mnie z rytmu i nie miałam pojęcia co się dzieje. Zaczynałam wariować.
-Ale… - Patrzyłam, jak krząta się po pokoju w poszukiwaniach. – Ethan. Wciąż tu jestem.
                Chłopak stanął przed szafą i wyciągnął parę idealnie poskładanych ubrań. A potem rzucił nimi w moją stronę, zachowując część dla siebie.
-Przebierz się, jesteś mokra – rzucił krótko, widząc moje zdezorientowane spojrzenie. – Powinny pasować. – Wzruszył ramionami.
-Tutaj? – Uniosłam brwi. Chłopak westchnął.
-Tak. – Wziął pod pachę swoje rzeczy i wyszedł, teatralnie zamykając drzwi.
                Spojrzałam na rzeczy, które mi przygotował. Po chwili wahania postanowiłam posłuchać Wrighta i przebrałam się. Niebieski t-shirt rozmiarowo nie był taki zły, w przeciwieństwie do spodenek. Zakładam, że Ethanowi nie sięgają kolan, natomiast dla mnie były stanowczo za duże. Tak, wiem, moje nogi nie należą do najdłuższych, ale bez przesady. Wyglądałam jak pingwin.
Usłyszałam pukanie. Ethan, stojący po drugiej stronie, zapytał czy jestem gotowa. Nieśmiało wystawiłam głowę zza drzwi.
-Nie masz może mniejszego rozmiaru? – spytałam. Odchylił drzwi, by to zobaczyć. Po kilku minutach skręcania się ze śmiechu, chłopak odszukał dla mnie drugą parę, która okazała się nieco lepsza. Wręczył mi suchą i pachnącą jego zapachem bluzę, a potem kazał zamknąć oczy. – Nie, jeśli nie powiesz co zamierzasz zrobić – warknęłam.
                Przewrócił oczami i zawiązał mi oczy, zanim zdążyłam zareagować. Poczułam, jak z łatwością przerzuca mnie przez ramię i wychodzi, rzucając mamie krótkie „wychodzimy”.

~*~        ~*~        ~*~

-Spójrz – szepnął, rozwiązując przepaskę z moich oczu.
                Z otwartymi ustami rozglądałam się wokoło. W jednej chwili porzuciłam moje plany nakrzyczenia na niego za ignorowanie moich próśb, by odstawił mnie na ziemię. Znajdowaliśmy się w nieznanym mi dotąd miejscu. Przed nami widziałam ogromne, czyste jezioro, a wokół mnóstwo drzew różnych gatunków. Znajdowaliśmy się na wzniesieniu, dzięki czemu mogliśmy dostrzec w oddali zabudowania, ale wątpię, żeby ktokolwiek widział nas. Podziwiałam te fantastyczne widoki dzikiej przyrody z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć w rzeczywistość istnienia tego azylu.
-Ethan… - westchnęłam cicho. – Skąd znasz to miejsce?
-Długa historia – uciął. Z rozbawieniem obserwował mój zachwyt tym miejscem, co jakiś czas parskając śmiechem.
Usiadł na trawie i zaprosił mnie gestem ręki do siebie.
 -Chodź tu. – Gdy wykonałam jego prośbę, przyciągnął mnie do siebie. – Podoba ci się to miejsce? Żadna Annie czy Cher tu nie była. Tylko tobie je pokazałem.
-Naprawdę? – zaśmiałam się cicho. – Ethan… – Odwróciłam się do niego twarzą i pocałowałam w policzek. – Dziękuję.
-Za co? – spytał.
-Za to, że mam na sobie suche ubrania, że mnie potrafiłeś mnie wysłuchać, że mnie tu przyprowadziłeś… Za to, że po prostu jesteś.
-Kylee… - westchnął. Smutek w jego głosie był niemal namacalny. Przylegał do mnie ciałem, nie było między nami ani odrobiny wolnej przestrzeni. Przytulał mnie niemal błagalnie… Nie rozumiałam jego zachowania, ale odwzajemniałam jego gesty – Obiecaj mi, że poczekasz.
-Na co mam czekać? – Nie rozumiałam.

                A on, zamiast odpowiedzieć, po prostu pocałował mnie tak, jakby to było nasze ostatnie spotkanie.

______________________________________________________
Od autorki: Ktoś tu ma huśtawki nastrojów ;)

Długo dodawałam rozdziału, bo nie miałam pomysłu jak to wszystko ująć i w kółko to poprawiałam i tak jakoś wyszło haha. Nadal nie jestem zachwycona. Pisałam go już w miarę dawno, więc z góry przepraszam za błędy.
Co mogę więcej powiedzieć, dziękuję za przeczytanie i do następnego! :)


+Jeśli przeczytałeś/łaś, liczę na szczery komentarz ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz